O wrzeszczańskich knajpach z czasów PRL-u opowieść na dwa głosy

Dziś tekst nietypowy, bowiem prezentuję wspominkowy dialog dwóch stałych czytelników mojego bloga, którzy dzielili się swoimi wspomnieniami Wrzeszcza z dawnych lat na tych łamach…

Przed Wami pan Andrzej Kupidura, rocznik 1944, oraz pani Sylwia Baranowska, rocznik… nieco młodszy 😉

Miłej lektury!

***

Andrzej: Za „Bałtykiem” była Spółdzielnia Mleczarska, a dalej dworzec kolejowy Gdańsk Wrzeszcz i ul. Lendziona.

Sylwia: Pamiętam, że oba zakłady produkcyjne zwiedzaliśmy jako licealiści.

Andrzej: Na Lendziona, trzy schodki w dół, była pijalnia piwa, zaraz obok sklep dla puszystych pań, a naprzeciwko – dworzec. Na terenie dworca funkcjonowała poczekalnia dla pasażerów, a zaraz obok restauracja, w której – a jakże – podawano piwo i nie tylko! Obowiązywała tam jednakowoż wyższa kultura spożycia, wedle zasady konsumpcji „seta i galareta” (albo „galareta i lorneta”), co oznaczało dwie setki wódki do galaretki z zimnych nóżek.

Sylwia: Za moich smarkatych lat ten drugi zestaw dorośli nazywali „lorneta z meduzą”

Andrzej: W pijalni piwa „Na Lendziona” nie było obowiązkowej konsumpcji, a nawet nie pamiętam, aby była w ogóle taka propozycja, tak więc goście „po kilku piwach” stwarzali dla okolicy nie lada problem!

Sylwia: To podobnie jak w pijalniach przy Wyspiańskiego i Marksa. A pamiętasz lodziarnię „Eskimos”, tę pierwszą, prawie vis a vis piwiarni? Schodziło się w dół po schodkach. Kolejki kilometrowe, ale smak lodów nie do zapomnienia!

Andrzej: Właściciele lodziarni „Eskimos” mieszkali (wciąż mieszkają?) przy ul. Lilii Wenedy, prawie naprzeciwko wejścia do SP 24. Dobrze Ich znałem, nie raz u Nich w lodziarni dostawaliśmy lody za friko! Faktem jest, że owe lody uchodziły za jedne z najsmaczniejszych w Gdańsku. Receptura była ścisłą tajemnicą właściciela, a i nazwa była zastrzeżona, bo po sprzedaży lokalu, nowy właściciel, utrzymując ten lokal do produkcji lodów, nazwał go „Eskimo”… bez „s”. Działa zdaje się do dzisiaj?

Sylwia: Lilli Wenedy, nie Lilii. Wybacz, zboczenie zawodowe. To była Lilla. A lodziarnia “Eskimo” tam była, potem przeniosła się do jednej z budek na obrzeżach rynku, teraz to nawet nie wiem. Ale TO SE NE VRATI! Faktem jest, że z powodów zdrowotnych nie jadam słodyczy, więc nawet nie podpowiem lokalizacji.

Andrzej: Szczęściem, był to okres, gdy piwo nie było dla mnie żadną atrakcją, sporadyczne jedna, może dwie… no góra trzy wizyty w tym przybytku skutecznie pomogły utwierdzić mnie w przekonaniu, że to nie moje klimaty!

Sylwia: Do tematu piwa jeszcze powrócę. Tymczasem jedynie nadmienię, że moje peregrynacje „gastronomiczne” zaczęły się dość wcześnie, bo chyba w 7., a na pewno 8. klasie podstawówki. Zbierało się nas kilka koleżanek z klasy i pełne dumy, że takie z nas samodzielne pannice, co to mogą same zamówić i za siebie zapłacić, szłyśmy do baru mlecznego na rogu Kościuszki i Chrobrego. Tam zamawiałyśmy kisiel (70 groszy) albo budyń (90 groszy). I tak dorośle spędzałyśmy czas – pewnie z pół godziny albo dłużej – przy stoliku!

Andrzej: Nie jestem pewien od kiedy, ale ten bar jak pamiętam, to zawsze nosił nazwę „Bartek” i funkcjonuje do dziś. Sam nieraz w nim zjadałem od czasu do czasu jakiś obiad. Od SP 24 z Lilli Wenedy do „Bartka” było zaiste niedaleko, bo po drodze do domu!

Sylwia: No Ty to ze szkoły do baru – jakkolwiek się zwał, ja pamiętam „Bar Mleczny” bez imienia na szyldzie – wracałeś zaiste dość szerokim łukiem, jeśli mieszkałeś na Dubois… Skoro jestem wspomnieniami na pograniczu podstawówki i liceum, to muszę wspomnieć o roku 1970, gdy ukończyliśmy SP 24, a spod swoich polonistyczno-wychowawczych skrzydeł wypuściła nas pani Zofia Księżopolska. Chyba niedługo potem przeszła na emeryturę, ale my przez dobre 2-3 lata w Dzień Nauczyciela odwiedzaliśmy Ją z kwiatami. Był wielki okrągły stół nakryty koronkowym obrusem, herbata w eleganckich filiżankach i kruche ciasteczka. To była DAMA, a przy tym skromna i z ogromną klasą.

Andrzej: Przy dworcu, pod torami, było przejście dla pieszych ze schodami prowadzącymi na peron SKM-ki, po minięciu których wychodziło się na zbieg ulic Kilińskiego i Wajdeloty, wprost na piękną bramę z kutego żelaza „Parku na Kuźniczkach”, tuż przy Gdańskim Browarze. To ten browar był producentem piwa, które strumieniem płynęło w pijalni. Idąc w kierunku dzisiejszej ul. Dmowskiego, wzdłuż parterowych pawilonów handlowych, mijając blok w którym funkcjonował „Puchatek” (sklep z dziecięcą odzieżą i zabawkami), mijało się sklep wędliniarski, optyka, dalej sklep filatelistyczny i jakiś z artykułami gospodarstwa domowego (garnki, patelnie) i tak dochodziło się do Okrąglaka. To była kawiarnia, miejsce, można by rzec, kultowe! Zaglądaliśmy tam prawie codziennie – obowiązywała tam KULTURA! Tu właśnie, będąc już licealistami, czyli gdy mieliśmy po 16–17 lat, wchodziliśmy w dorosłe życie. Zrazu nieśmiało, zamawiając kawę i ciastko (kawa 2,50 zł, ciastko 2 złote) siedzieliśmy godzinami zainteresowani dziewczętami, które też przychodziły tam – sądzę – po to, by być obiektami „podrywów”. Nam w każdym razie taki cel przyświecał! Z czasem niejeden z nas odważał się na lampkę wina, ale tu już często trzeba było się legitymować! Najlepsze z win było białe „Cotnari”, a z czerwonych „Istra”. Piwa nie podawano – i bardzo dobrze! Zapachy zgoła inne… Zapach mielonej kawy pomieszany z zapachem papierosów, wtedy można było w kawiarniach palić, pomieszany z zapachami dziewczęcych perfum, być może marki „Być może”, stwarzały całkiem przyjemna aurę, w której zawiązywały się nowe znajomości lubo też cementowały od pewnego czasu funkcjonujące związki.

Sylwia: Tak, paliło się i w lokalach, i w taksówkach. Myśmy mieli za mało kasy, wino pijaliśmy głównie na prywatkach (wycieczki szkolne przemilczmy… ;-P). Pamiętam marki: Gellala, Aquila Rosa, Sophia, Istra, Egri Bikaver. Do palenia Orienty, czasem Giewonty.

Papierosy “Giewont” (Lajla08/Pinterest)

Stare butelki po winach “Egri Bikaver” oraz “Gellala” (Janusz Barszczak/Pinterest)

Andrzej: Prywatki to osobny rozdział! Na pierwszej, jak pamiętam, byłem w pierwszej klasie licealnej. Chodziłem do Liceum Pedagogicznego w Oliwie. W klasie, na 42 uczniów, chłopaków było zaledwie pięciu, a że dziewczyny chętnie urządzały prywatki np. urodzinowe, to obsłużenie wszystkich takich spotkań było dosyć trudne – ale dawaliśmy radę! Na jednej z pierwszych takich prywatek, takich, gdzie to „rodzina na trzecim seansie już z nudów drzemie”, po pierwszych, koniecznie „wolnych” kawałkach, „odpaliliśmy” pierwszą butelkę wina marki „Wino” – takie „J23”! Przyćmione światło, leciutki szmerek w głowie… i wrócili Rodzice, czyli „koniec balu panno Alu”! Ale papierosy to nie w domu, papierosy to podczas „waksów” w drodze nad morze, bo tam chodziliśmy całą paczką przez uprawne pola, które rozciągały się zaraz za ogrodzeniem szkoły – tam, gdzie dzisiaj rozciąga się osiedle „Przymorze” rosły ziemniaki i zboża. Ulica Chłopska była polną, gruntową drogą! Paliliśmy perfumowane Mewa lub mentolowe Zefiry.

Sylwia: O tak, pamiętam Zefiry! Ja ich nie paliłam. A dla Mamy i Babci chodziłam do kiosku po Płaskie i Damskie. Wtedy dzieci wysyłało się po fajki! A w kiosku – tym koło nas – kupowaliśmy również stalówki i klisze do aparatu „Druh”. Że o kolejkach po „Wieczór Wybrzeża” nie wspomnę…

Sylwia: Myśmy kawiarniane klimaty poznawali w „Kodze” (róg Mickiewicza i Dubois). Była to pierwsza klasa liceum (II LO). Kto przyszedł pierwszy, zamawiał sobie herbatę, a reszta się do niego dosiadała i tak przy jednej szklance herbaty siadywało nas kilkoro. Kelnerki były wściekłe, bo przychód z nas był nieomal żaden, ale wyprosić nas nie mogły. A my, jak bohema, prowadziliśmy dysputy o filmie i literaturze, snobując się na młodą elitę intelektualną. Te spotkania miały też wymiar buntowniczy, bo był to rok 1970, tuż po Grudniu ’70. Wychodząc ze szkoły otrzymywaliśmy do dzienniczka wpis z godziną opuszczenia budynku, a nasi rodzice mieli wpisywać godzinę powrotu do domu. Taki mini-stan wyjątkowy dla młodzieży, aby nie szwendała się po ulicach. W przestrzeganiu tego przepisu miały pomagać „patrole” składające się z 3 osób: nauczyciela i dwojga rodziców, które przechadzając się po dzielnicy kontrolowałyby niepokornych nastolatków. Pomysł chyba spełzł na niczym, bo pamiętam tylko jedną taką „trójkę”, która idąc ulicą Mickiewicza NA PEWNO zauważyła naszą grupę, siedzącą w „Kodze” (duże okna!), ale „patrol” poszedł dalej. Z pewnością nawiązał między nami kontakt wzrokowy, a skoro nie zareagowali, to zapewne było i ciche porozumienie między nimi a nami.

Andrzej: Od „Dwójki” było bliżej do „Lucynki” na Lelewela, tam było przytulniej. Były porobione „loże” – sześcioosobowe stoliki poprzegradzane wysoką zabudową, stwarzające taki klimat odrębności. W „Lucynce” w 1968 roku oświadczyłem się mojej dziewczynie! I zostałem przyjęty – 21 listopada 2022 roku minęły 54 lata. Cały ten czas do dzisiaj razem!

Sylwia: Gratuluję, piękny wynik! Ja w „Lucynce” bywałam dopiero w latach studenckich. Dało się potańczyć, ale towarzystwo zdarzało się mocno „szemrane” – podejrzewam, że spotykała się tam gangsterka. Rety – 21 listopada – znamienna data – imieniny mojego pierwszego „męża”! Byliśmy małżeństwem od I do III klasy w SP 24. Mieliśmy obrączki z kółek od firanek, on mieszkał naprzeciwko. Nosiliśmy sobie lekcje i byliśmy nierozłączni. Nadal się widujemy, bardzo wiele nas różni, ale i wiele łączy. Pomagamy sobie na wiele sposobów.

Andrzej: Był to czas, gdy chodziliśmy już do szkół średnich, liceów, techników, z dumą nosząc uczniowskie czapki z czerwonym sznurkiem nad plastikowym lśniącym daszkiem (podstawówka nosiła nad daszkami sznurki niebieskie), był to czas, gdy w sposób naturalny „rozbiegliśmy się” po całym mieście!

Sylwia: Myśmy czapek już nie nosili. Obowiązkowe były berety i tarcze. Beret nakładało się tuż przed szkołą, a tarczę przypinało agrafką. Natomiast harcerze mieli w środy „dzień mundurowy”. Wtedy z frajdą i dumą szliśmy do szkoły w beretach (w II LO były Harcerskie Drużyny Obrony Wybrzeża ściśle współpracujące z Niebieskimi Beretami z koszar przy Słowackiego), a podczas lekcji paradowaliśmy po szkole w mundurach zamiast niezbyt kochanych granatowych bluz z białym kołnierzykiem.

Tarcza SP 25 w Gdańsku (archiwum Allegro)

Andrzej: Harcerstwo to też osobny rozdział! Do harcerstwa wstąpiłem w 1956 roku, gdy w okresie politycznej „odwilży” zaczęło się odradzać. Poświęciłem temu osobną opowieść, więc dodam tylko, że dosłużyłem się instruktorskiego stopnia Przewodnika (granatowa podkładka pod harcerskim krzyżem i tegoż koloru lilijka na lewym rękawie munduru).

Sylwia: Ja też zakończyłam na stopniu Przewodnika, kolor się zgadza. Dasz wiarę, że ja nadal – idąc i skręcając – wykonuję zwroty wedle musztry (pięta jednej stopy, palce drugiej)?

Andrzej: Wracając do knajp, to bywało, że zapuszczaliśmy się rejony kawiarni „Morska” albo nieistniejącej już dziś „Maleńkiej”. Było także „Akwarium”, był bar „Agata” tuż obok fotoplastykonu, ale żadne z tych miejsc nie mogło nam zastąpić „Okrąglaka”!

Sylwia: W „Maleńkiej” podawano kawę tak obłędnie pyszną, że do dziś pamiętam jej smak. Gęsta, pachnąca… Byłam tam bodajże dwa razy z Tatą. Z lat dziecięcych pamiętam „Akwarium”: schodziło się nieco w dół, po kilku schodkach. Dorośli zajmowali się swoimi sprawami, a ja gapiłam się na to ogromne, cudne akwarium i pływające w nim ryby. Natomiast później, już w czasach licealnych, naszą mekką był „Cristal”. Zapamiętałam go jako swego rodzaju tryptyk: po prawej stronie na wysokim parterze była restauracja. Tam wypiłam pierwszą w życiu lampkę rieslinga, którą zamówili mi rodzice. To były moje siedemnaste urodziny. Gdy weszliśmy, kelner bardzo uroczyście mnie powitał (Tatko to zaaranżował!), złożył mi życzenia, wręczył jakiś upominek (bodajże album), a potem zjedliśmy elegancki obiad. Druga część „Cristalu”, ta z dansingiem, znajdowała się w tej części wysokiej, ponad powierzchnią chodnika. W jakieś dni, bodajże w czwartki, panie wchodziły za darmo. Natomiast nas – licealistów – najbardziej radowała część trzecia: okienko, przy którym, wprost z ulicy, można było zamówić i wypić piwo. To była 3. i 4. klasa LO, byliśmy pełnoletni. Tam opijaliśmy trudne klasówki z matmy czy fizy. Ponieważ dawałam ściągi, często koledzy stawiali mi piwo w rewanżu za uratowanie oceny

Andrzej: Tego okienka, dalibóg, nie kojarzę! Mam nadzieję, że Twoje „korepetycje” nie spowodowały żadnego uzależnienia? 😉

Sylwia: Nie, no bo ileż klasówek można pisać? Potem z klasą z LO spotykaliśmy się a to na wernisażach koleżanki, a to na pogrzebach, a to na piwie w Scruffy O’Brien (czyli nad „Maleńką”) czy w “Cristalu” – w części restauracyjnej. Ale piwo jest potwornie kaloryczne i moczopędne – nie dla kobiet!

Andrzej: W niedalekim klubie stoczniowym „Ster” (późniejszej siedzibie Ogólnopolskiej Komisji NSZZ Solidarności) na parterze grał na tzw. „fajfach” zespół muzyczny „Tony”. W zespole tym w pierwszym okresie na gitarze solowej grał Andrzej „Jojo” (nazwiska nie pamiętam), grał też Ryszard Poznakowski (w owym czasie fagocista Filharmonii Bałtyckiej, później „Trubadurzy”), a pierwsze kroki estradowe zaliczała jako solistka Halina Frąckowiak!

Sylwia: Słowo „fajf” pamiętam z lat bardzo smarkatych, gdy na fajfy chadzała moja – starsza o 13 lat – siostra. Dokąd chadzała – nie mam pojęcia, słyszałam jedynie o „Rudym Kocie”, ale zapewne nie było to jedyne miejsce.

Andrzej: „Rudy Kot”, „Żak”, „Kwadratowa” to już inna bajka, to czasy późnolicealne i studenckie – aż strach o tym pisać! Choć, przy zastosowaniu lekkiej samocenzury można by co nieco opowiedzieć…

Sylwia: „Żak” to już moje czasy studenckie – ale tylko DKF, w „Kwadratowej” nie byłam nigdy, „Rudy Kot” to moje czasy tuż po studiach. Polański wtedy był szefem. Ja byłam mało imprezowa, mało klubowa.

Andrzej: A propos tej Haliny Frąckowiak, to piekarz z ulicy Zbyszka z Bogdańca też nazywał się Frąckowiak, ale to raczej zbieżność nazwisk, gdyż piosenkarka urodziła się w Poznaniu, nie w Gdańsku.

Sylwia: Do Frąckowiaka chadzało się po niedzielnej Mszy. Kupowało się ciastka na poobiedni deser. Paradowski był dalej, ale gdy tylko było się w pobliżu, można było wstąpić i kupić przepyszne „grzybki” z ptysiowego ciasta, z kapeluszem albo nóżką wypełnionymi kremem. Nawiasem mówiąc bliski kuzyn obecnego właściciela – pan Stefan Paradowski – był świadkiem na ślubie mojej siostry, tej od „fajfów”!

Andrzej: U Paradowskiego najlepsze były rurki z kremem i jabłka zapiekane w cieście!

Sylwia: De gustibus… Z czasów licealnych pamiętam jeszcze „Dom Nauczyciela” przy ul. Hanki Sawickiej (dziś Uphagena). To tam spotykali się wyżsi stopniem instruktorzy ZHP. Wiem, bo kiedyś spłynął na mnie zaszczyt: nasz komendant szczepu zadzwonił do mnie z prośbą, abym poszła do jego mieszkania (mieszkał z rodzicami), zabrała pewne dokumenty i zaniosła je właśnie do kawiarni „Domu Nauczyciela”, będzie tam na mnie czekał. Byłam w siódmym niebie. On, w którym kochała się połowa żeńskiej części szczepu (druga połowa kochała się w jego zastępcy), powierzył taką misję nie komuś innemu, a właśnie mnie! O bogowie!

***

11 komentarzy na temat “O wrzeszczańskich knajpach z czasów PRL-u opowieść na dwa głosy

  1. Skąd ja to znam? Żak, Morska, Cristal, Rudy Kot, Akwarium itd.Wiele miłych wspomnień . W tej całej biedzie można było się tylko bawić i to jak.

  2. Na Lendziona na rogu, przed gorseciarnią był sklep spożywczy.
    Natomiast klienci pijalni piwa rzeczywiście byli strasznym utrapieniem dla nas.

    • Piwiarnia miała nazwę dla bywalców Mordownia, jeszcze w czasach licealnych(przełom lat sześćdziesiątych/siedemdziesiątych) zachodziło się tam na piwo

  3. Dobrze jest pamiętać gdy się było młodym, Nic nie strzykało, miało się sporo czasu przed sobą…..dzisiaj już tylko wspomnienia.

  4. Andrzej dodaj ;
    Bar domowy po schodkach /z tyłu była fabryka silniczków Simensa!/ i Lotos , chińską restaurację , oba przybytki na Wajdeloty ,Lotos miał parter i słynną rotundę w Parku /ogródku jordanowskim!/, dodatkowo Bar piwny/mordownia/ pod numerem 1 , też na tej ulicy/następca po sklepie rybnym , mekką dla uczniów II LO był bar na Lotnisku, nigdy Cristal tam byli cinkciarze i sportowcy, wielką estymą cieszył się pan Madziński na Wallenroda, /na samym rogu, syn właściciela miał, ksywkę Maciek „knajpa”, dodam Moccę /Barlickiego/ , miejsce uczęszczane przez uczennice szkoły baletowej z Kościuszki

  5. Pijalnia piwa na Wyspiańskiego to zdaje się był Bar Zefirek, pamiętam że w środku był tak ciemno od dymu papierosowego że jak człowiek nawet w słoneczny dzień zaglądał to nie było nic widać.

  6. Tak na gorąco: bar mleczny na rogu Kościuszki i Chrobrego, późniejszy Bartek, pierwotnie nosił nazwę Złoty Róg.
    Asortyment równie zróżnicowany, jak w Domowym czy w Misiu na Marksa.
    Właścicielami Kogi byli państwo Witkowscy, przybyli z Zakopanego.W latach 60-tych wybudowali dom przy ul.
    Saperów, gdzie zamieszkiwali do końca swych dni.
    Dom Nauczyciela – od 1946r. mieścił się tam MDK, obejmował również dużą willę przy kortach. Świetne pracownie:
    szkutnicza, fotograficzna, modelarska itp.Mnóstwo moich kolegów tam złapało bakcyla i później przekształcała te
    zainteresowania w profesję.
    Wspomnę jeszcze restaurację Słowiańską na rogu Sobótki, Współczesną na Grunwaldzkiej. Oba lokale średniej
    klasy / II kategoria /, na przypadkowe spotkania starych kumpli po wypłacie, ale również studentów po stypendium.
    Wiem, co mówię, gdyż uczestniczyłem.

  7. To sa moje wspomnienia …… II LO,wszystkie znane ulice,przejscia na skroty,kawiarnie na ktore nie bylo mnie stac ,MDK,kosciol na Mickiewicza itd itd…..piekna beztroska mlodosc.
    Dziekuje Iwonna

  8. Warto chyba też wspomnieć o Morence na Jaskowej Dolinie (dzisiaj już nie ma tego budynku) no i przede wszystkim Olimp w Dolarowcu. Pamiętam też Bar Żaczek na ulicy dzisiaj Do Studzienki, u góry był papierniczy. Dla dopełnienia knajpianego krajobrazu Wrzeszcza, nie sposób nie wspomnieć o klubach w akademikach PG i UG

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *