„Na skrzyżowaniu z ulicą Roosevelta, w zielonym, drewnianym budyneczku, działał Bar Mleczny, taki bez nazwy” – wspomnienie (cz. 8)

Oto ósma część wspomnień pana Andrzeja Kupidury, mieszkańca Dolnego Wrzeszcza, spisanych za moja zachętą i publikowanych za jego zgodą (bardzo dziękuję!):

Ulica Mickiewicza zaczyna się na rondzie Placu ks. Komorowskiego. Na niezabudowanym po wojnie placu między ulicami Lelewela a Waryńskiego, tuż nad Rzeczką, wyrzucone z ugoru na alei Roosevelta karuzele rozkładały się wraz ze strzelnicami i salonami krzywych luster. Karuzele te miały już napęd elektryczny! Teren zajęty przez „Wesołe Miasteczko” był terenem neutralnym, wyłączonym ze stref wpływu poszczególnych „band”.

Ulica Mickiewicza, w przeciwieństwie do „naszej” ulicy Jagienki, miała całkiem inny charakter, taki bardziej wielkomiejski! Po pierwsze: jeździł tam tramwaj linii nr 8. Po drugie: stał – i stoi – nasz kościół parafialny p.w. św. Andrzeja Boboli. Po trzecie: był „salon” fryzjerski Pana Karola Pęśko, poczta na rogu Próżnej i apteka na rogu Mickiewicza i Mierosławskiego. Po czwarte i dziesiąte: na ulicy Mickiewicza było wiele innych atrakcji. Na rogu z naszą ulicą Jagienki (tam, gdzie później wybudowano kawiarnię „Koga”) stała budka z gazetami. Nie kiosk, tylko budka, do której wchodziło się do środka, kupując gazety. W każdą niedzielę, po Mszy, ustawiała się kolejka kilkudziesięciu osób chcących kupić lub odebrać odłożone w tzw. teczce zamówione, zaprenumerowane wcześniej tygodniki. Kupno takich tytułów jak „Świat”, „Dookoła Świata”, „Przekrój” czy „Przyjaciółka” z szablonami wykrojów krawieckich z tak zwanej „wolnej ręki” graniczyło z cudem – nie dla wszystkich starczało!

W kościele w pracy z młodzieżą szkolną prym wiódł ks. Chodaczek (chyba Grzegorz). Z Nim nie było ani „przeproś” ani „zmiłuj”! Rządził też ministrantami. Nawet zapisałem się do tego „klubu”… ale jakoś szybko mi przeszło! Chodaczek chodził na Lechię na ulicę Traugutta, ja też chodziłem. Raz niezadowolony z decyzji sędziego, tak jak wszyscy kibice zresztą, krzyknąłem że sędzia jest ch.j! Dostałem porządnego „ślizgacza” po łbie – ks. Chodaczek siedział za mną!

Na rogu Próżnej była poczta, duży budynek z czerwonej cegły (ostatnio przebudowana na budynek mieszkalny). Wchodziło się do góry po kilkunastu schodkach. Przy wejściu wisiała czerwona pocztowa skrzynka. Gdy potem czytałem wiersze swoim małym dzieciom – o Zosi Kłamczusze – wyświetlał mi się przed oczyma obraz tej właśnie skrzynki. Zawsze widzę, jak ulicą przechodzi „tatuś Halinki”, zawsze widzę że „kuca gdy wrzuca”!

Na skrzyżowaniu z ulicą Roosevelta (dziś al. gen. Hallera), w zielonym, drewnianym budyneczku, działał Bar Mleczny, taki bez nazwy. Tam doznawałem pewnych zdziwień co do tego, jak ten świat jest urządzony! Otóż czasami w drodze do szkoły – a chodziłem ze starszą siostrą Basią – zatrzymywaliśmy się na śniadanie, gdyż Mama i Ciocia Babcia już wcześniej poszły do pracy, zostawiając siostrze pieniądze, byśmy do szkoły nie szli bez śniadania. Nie mogłem sobie wytłumaczyć, jak to się dzieje, że Jej, tzn. Basi, dają do picia kakao, a dla mnie było mleko!

Na przeciwko baru była wiata przystanku tramwajowego (zresztą stoi do dzisiaj, działa w niej sklep). Właśnie tuż obok tej wiaty doszło do tragicznego zdarzenia, gdy podczas zabawy – wskakiwania i wyskakiwania z tramwaju będącego w biegu – jednemu z chłopaków ześliznęła się z tramwajowych stopni noga. Zmiażdżoną kończynę trzeba było amputować!

Zaraz na rogu z wejściem od Roosevelta była budka warzywnicza Pana Rosiaka. Można tam było kupić też śmietanę. Z dużej, chyba dwudziestolitrowej kanki za pomocą długiej walcowatej nalewaczki z zakrzywionym trzonkiem nalewało się śmietanę do słoika. Nalewaczka miała pojemność ¼ litra. „U Rosiaka” kupowaliśmy też cukierkowe „rybki” po 10 groszy, jakieś takie ciemno-brązowe ciągutki – makagigi z makiem, szklane fajki z cukierkowym groszkiem czy pyszny kwas chlebowy.

Z tym kwasem to była historia! Pewnego razu, idąc do szkoły – a była to chyba piata klasa, upalny maj lub czerwiec – kupiłem butelkę kwasu chlebowego. Zapłaciłem jakieś 1,50 zł. Pan Rosiak powiedział, abym wziął sobie butelkę ze skrzynki – to wziąłem i schowałem do tornistra. W klasie trzeba było książki i zeszyty wyłożyć na półkę pod ławką, więc wyjąłem. Butelka wypadła z tornistra rozbijając się z hukiem! W klasie zrobiło się jak w pijalni piwa! Otóż skrzynka z piwem stała obok skrzynki z kwasem chlebowym, a ja pomyliłem skrzynki! Była spora afera, ale jakoś się wybroniłem.

Dalej był duży budynek kaplicy (dziś tzw. Mały Kościół), w którym siostry zakonne prowadziły przedszkole (o zupie kartoflance nie będę wspominał, choć pamiętam ją cały czas…), a naprzeciw – brama do budynku Wydziału Farmacji Akademii Medycznej, przy którym było boisko AZS-u. Tam po raz pierwszy na jakiś zawodach lekkoatletycznych zobaczyłem skok o tyczce! Tyczka była bambusowa, a skakał nie kto inny jak Krzesiński (chyba Andrzej), mąż złotej Eli, medalistki w skoku w dal z Olimpiady w Melbourne.

Dalej to już skrzyżowania z ulicami Sochaczewską, Klonowicza i Kochanowskiego. Na tej ostatniej mieszkała moja pierwsza nauczycielka, ucząca mnie od pierwszej do czwartej klasy podstawówki, Pani Teresa Mrozowska. Miała wtedy jakieś dwadzieścia lat, a wydawała mi się taka dorosła!

Ulica Mickiewicza miała swój koniec na przejeździe kolejowym na trasie Gdańsk Główny–Nowy Port, często z opuszczonymi szlabanami. Później te szlabany zdemontowano, a ulica została zaślepiona. Za torami stały baraki dawnego obozu Narvik – ale to już zupełnie inne rewiry.

*

Tu przeczytasz siedem poprzednich części:

Jeden komentarz na temat “„Na skrzyżowaniu z ulicą Roosevelta, w zielonym, drewnianym budyneczku, działał Bar Mleczny, taki bez nazwy” – wspomnienie (cz. 8)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *