„Na korytarzach i na boisku spotykaliśmy siódmoklasistów z wąsami, czasem z brodą” – wspomnienie (cz. 3)

Oto trzecia część wspomnień pana Andrzeja Kupidury, mieszkańca Dolnego Wrzeszcza, spisanych za moja zachętą i publikowanych za jego zgodą (bardzo dziękuję!):

Szczenięce lata minęły i przyszła szkoła. Poszedłem do niej w 1951 roku. Pamiętam jak nas witano. Na dziedzińcu wystawiono stoliki, na stolikach tekturowe talerzyki z cukierkami i herbatnikami, a pomiędzy dorodnymi kasztanowcami transparent z napisem „Mam tyle lat, co Polska Ludowa”! Przeczytałem, bo już wcześniej nauczyłem się czytać, co było zasługą starszej siostry i naszych zabaw w szkołę. Moja szkoła to była SP nr 18 przy ul. Konrada Leczkowa, potężny gmach z czerwonej cegły z wejściem od ulicy Karola Marksa (dziś al. gen. Józefa Hallera). W budynku miały swoją siedzibę dwie szkoły: nasza „osiemnastka” i SP 28, które były od siebie oddzielone wspólną salą gimnastyczną, nad którą znajdowała aula, także wspólna. Pamiętam atmosferę rywalizacji pomiędzy szkołami. „Osiemnastka kradnie ciastka” słyszeliśmy regularnie, na co odwzajemnialiśmy się rymowanką „dwudziesta ósma – świnia tłusta”.

Budynek przedwojennej Neuschottlandschule, w której po wojnie działały m.in. SP 18 oraz SP 28

W szkole dość ostro brano się za nasze wychowanie – wychowanie pełne indoktrynacji. Na apelach przed pierwszą lekcją w codziennie ustawianych w dwuszeregu klasach, śpiewaliśmy „Hymn Młodzieży Świata”, taki co to w refrenie zawierał „pieśni zew, pieśni zew”. Po odczytaniu wiadomości dnia, uczniów wyróżniających się pilnością i właściwą, socjalistyczną postawą nagradzano uroczystym założeniem czerwonej, pionierskiej chusty, którą mogli obnosić z dumą po całej szkole, tak więc paradujących w tych chustach lizusów łatwo było identyfikować… i omijać!

Na jednym z takich apeli, w 1953 roku, zaraz po śmierci Stalina, wraz kumplami w refrenie „Hymnu Młodzieży Świata”, gdzie w refrenie zamiast „pieśni zew” zaczęliśmy śpiewać „Stalin zdechł”, jeden z owych „pionierów” doniósł gdzie trzeba. Skończyło się wezwaniem Rodziców do szkoły, ale potem chodziliśmy w glorii „kombatantów”!

Tak po prawdzie, była to dość dziwna szkoła. Bardzo dziwiliśmy się, gdy na korytarzach i na boisku spotykaliśmy siódmoklasistów z wąsami, czasem z brodą, gdyż były to roczniki, którym wojna przerwała edukację i teraz, po przejściach wojennych, często okrutnych, dwudziestolatkowie uzupełniali swoje podstawowe wykształcenie. Krążyła fama, że jednemu z nich wybuchł granat przyniesiony do szkoły, raniąc – czy nawet zabijając – troje uczniów, ale tego nie jestem pewien w 100%, gdyż nas, „maluchów”, trzymano w pewnym dystansie od tej dorosłej grupy. O tym incydencie jedynie szeptano.

W szkole funkcjonowała organizacja Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, takie „czerwone harcerstwo”, do którego przynależność rozpoznawało się po znaczku „w klapie”. Była to biało-czerwona flaga polski, nad nią czerwona flaga radziecka, obie okolone wieńcem z wawrzynu. Opiekunem tego „czerwonego harcerstwa” był nauczyciel biologii, pan Liszka, który zabiegał o jak najliczniejsze uczestnictwo w tej organizacji. Gdy opowiedziałem o tym w domu, dostałem kategoryczny zakaz przystępowania do tej ferajny!

Pamiętam, jak w szkole rozdawano darmowe bilety, takie z symbolem TPD na tle dziecięcej twarzy. Uprawniały one do wejścia na salę Młodzieżowego Domu Kultury (MDK), gdzie wyświetlano filmy oraz odbywały się zajęcia plastyczne. MDK miał swoją siedzibę na górze ul. Wajdeloty, na Kuźniczkach. Później mieściło się tam Studio Rapsodyczne, a obecnie, w miejscu tego budynku stoi supermarket. Dziwnym trafem, zajęcia w owym MDK odbywały się zawsze w niedziele w godzinach mszy dla młodzieży szkolnej w kościele św. Andrzeja Boboli przy ul. Mickiewicza. Jak by nie patrzeć, mieliśmy alternatywę!

W czerwcu 1956 roku w Polsce zaczęło się zmieniać. Gdy w lipcu jechałem z bratem Jarkiem na wakacyjne kolonie do Mysłakowic koło Jeleniej Góry pociągiem przez Poznań, przed wjazdem na dworzec w Poznaniu opiekunowie pozasłaniali okna we wszystkich przedziałach, zakazując ich odsłaniania. Jeśli zakazać dwunastolatkowi oglądania czegoś, to można mieć pewność, że będzie się starał to obejrzeć! Odchyliłem lekko zasłonę i zobaczyłem stojący na bocznicy kolejowej rząd spalonych wagonów. Pociąg ruszył w dalszą drogę, ja zaś opowiedziawszy po powrocie do domu Rodzicom o tym, co widziałem, dowiedziałem się prawdy o Poznańskim Czerwcu.

W 1957 roku zaczęło się odradzać prawdziwe harcerstwo. Już nie było problemu z wstąpieniem w jego szeregi, akceptacja Rodziny była zupełna!

***

W ciekawych okolicznościach dowiedziałem się, że podczas II wojny światowej mój Ojciec działał w AK, w Szarych Szeregach. Pewnego dnia, a było to w 1948 roku, gdy bawiliśmy się z bratem w ogrodzie, ogrodzenie staranowały dwa wojskowe „łaziki” pełne mundurowych z „pepeszami”. Aresztowali naszego Ojca! Wrócił do domu dopiero w 1954, po amnestii ogłoszonej po śmierci Bieruta i Stalina. Po 1956 roku, czyli po tzw. odwilży, Ojciec otrzymał list, w którym była informacja o rehabilitacji. Powiedział, jak pamiętam, „długo na to czekałem”. Ale niechętnie wracał do wspomnień i więcej nie było żadnych rozmów na ten temat. Za to dziura w płocie, załatana na szybko jakimś drutem, straszyła przez lata! To był mój pierwszy kontakt z „ubowcami”.

Pamiętam też incydent, pewnie był to rok 1949, a może 1950, gdy przed klatką na rogu ulic Kościuszki i Jagienki, tam, gdzie mieszkały siostry Alina i Lidzia G., zebrał się spory tłum gapiów obserwujących akcję Urzędu Bezpieczeństwa wyłapującego ukrywających się „akowców”. Wyprowadzali mężczyznę skutego kajdankami, który podnosząc w górę ręce, krzykiem obwieszczał o tym, że tak oto Polska Ludowa odwdzięcza mu się za lata walki z hitlerowcami!

A propos perypetii Ojca w AK: temat wrócił po latach, gdy byłem już dorosłym mężczyzną i poznałem moją przyszłą Żonę, Annę. Po tym, jak przyjęła moje oświadczyny, przedstawiłem Ją swoim Rodzicom, a później zaaranżowaliśmy wspólny obiad z Rodzicami Ani. Przy spotkaniu nasi Ojcowie stanęli jak wryci, rozpoznając w sobie dawnych towarzyszy broni. Okazało się, że należeli do tego samego oddziału Szarych Szeregów!

Ale to nie koniec!

Moja Mama opowiadała mi, że w 1943 roku, gdy była ze mną w ciąży, radomskie Gestapo, próbując schwytać mego Ojca, o którym wiadomo było, że „ukrywa się w lesie”, postanowiło aresztować moją Mamę „na przynętę”. Ktoś z personelu sprzątającego, Polak znający moich Dziadków, przekazał tę wiadomość, wici poszły do lasu. Ojciec zjawił się nocą w towarzystwie ludzi z oddziału, zabrał Mamę do lasu, a ja urodziłem się w maju 1944 roku w jakiejś leśniczówce pomiędzy Iłżą a Starachowicami. Tak więc było całkowicie prawdopodobnym, że mój Teść znał mnie, swego późniejszego zięcia, od samego urodzenia, a ja dzisiaj mogę uchodzić, nie tyle za „ kombatanta” co za „syna pułku”!

Rodzina Kupidurów, rok 1956

Czwarta część wspomnień pana Andrzeja już niebawem.

A tu dwie poprzednie części:

3 komentarze na temat “„Na korytarzach i na boisku spotykaliśmy siódmoklasistów z wąsami, czasem z brodą” – wspomnienie (cz. 3)

  1. Kapitalne wspominki! W moim pokoleniu (1955 +/- 2 lata) „osiemnastka była kojarzona jako szkoła dla dzieci z niepełnosprawnością intelektualną. Może za naszego dzieciństwa istotnie taką była, a może to „urban legend”, jak „czarna wołga”? Co ciekawe, i u nas, w SP 24, był taki Benek (Bernard Pisarski), co już w VII klasie miał wąsy i mówił barytonem. A to były już lata sześćdziesiąte! Zaś ulicę Dubois ulicą Jagienki sporo dorosłych nazywało za mego dzieciństwa. Bo ten Dubois przy tych literackich patronach dokoła to tak ni przypiął-ni wypiął!

    • Nie wiem jak i kiedy w !8 -tce uczyły się dzieci :specjalnej troski”. Do roku 1956 ba pewno nie ! Po wybudowaniu szkoły 24 na Lilii Wenedy młodzież z 18-ki do niej właśnie przeniesiono i może wtedy zmienił się jej status ?? W czasie gdy chodziłem do podstawówki była 17 tka na Dworcowej, wspominana 18-tka i 28 oraz 33 na Pastelozziego. Dopiero w latach 60-tych pobudowano szkoły, jedną na Kościuszki, potem obok Kolonii Uroda szkołę podobno ufundowaną przez Polonię Francuską oraz 24 -tą. Co do patrona ulicy, długo mieszkańcy nie mogli się odzwyczaić od romantycznej „Jagienki”, tym bardziej ,że Zbyszka z Bogdańca, nikomu nie wadząc pozostała do dzisiaj ! Pozdrawiam.

    • Też chodziłam do SP 24 (rocznik 1954). Benka kojarzę. Pamiętam też, że niektórzy zamiast pisać ulicę Dubois pisali „Dibuła”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *