Moja „tysiąclatka”, czyli SP nr 64 im. Marii Skłodowskiej-Curie

Kilka archiwalnych zdjęć:

Wnętrze szkoły, widoczne plakaty prezentujące atrakcje Francji (Dziennik Bałtycki z 1967 | bibliotekacyfrowa.eu)

 

Szkoła widziana od frontu (Dziennik Bałtycki z 1961 | bibliotekacyfrowa.eu)

Szkoła widziana od frontu (Dziennik Bałtycki z 1967 | bibliotekacyfrowa.eu)

Zaplecze SP 64, widoczna sala gimnastyczna (Dziennik Bałtycki z 1967 | bibliotekacyfrowa.eu)

 

Przekazanie sztandaru i odsłonięcie popiersia Marii Curie-Skłodowskiej, 7 XI 1967 (Dziennik Bałycki | bibliotekacyfrowa.eu)

Kilka słów “od siebie”:

Uczęszczałem do tej szkoły w latach 1990-1998. O francuskich współfundatorach wciąż pamiętano, pierwszym językiem obcym, jakiego tam uczono, był właśnie francuski (klasy 5-8). Nauczyciele byli bardzo różni – tych kiepskich przemilczę, natomiast najlepiej wspominam: p. Danutę Zimną (przedmiot zwany ZPT; uczyła prawie od samego początku, bo zdaje się, że od 1963 roku!), p. Chodorowską (geografia), p. Czesławę Hołub (chemia), p. Teresę Styś (historia) oraz p. Sławomira Gumińskiego (język francuski). Sam budynek był wtedy dosyć zaniedbany – najbardziej pamiętam śmierdzące toalety bez ciepłej wody… Ale takie już mój rocznik miał szczęście: podstawówki, szkoły średnie i wyższe uczelnie zaczęto remontować wkrótce po tym, jak zakończyliśmy w nich naukę… 😉 Wraz z reformą oświaty w 1999 roku SP nr 64 zamieniono w Gimnazjum nr 12.

Wnętrze szkoły (2012)

Zaplecze szkoły, sala gimnastyczna (2012)

Korytarz na parterze (2012)

Popiersie Marii Skłodowskiej-Curie ufundowane przez załogę kopalni węgla „Czeladź” w 1967 roku (2012)

11 komentarzy na temat “Moja „tysiąclatka”, czyli SP nr 64 im. Marii Skłodowskiej-Curie

  1. Ano, niestety, dobra zmiana. Ja ponad 20 lat przepracowałam w SP 54, która to później stała się gimnazjum. I Wszystko, co wypracowano, idzie w PiSdu.
    Panie Jarosławie, z wielką przyjemnością czytam Pańskie wpisy. Jestem starsza od Pana, pamiętam nadanie SP 24 imię Gustawa Morcinka. 🙂 Bo ja SP 24 kończyłam. A w SP 52 robiłam badania do magisterki. 🙂 Przykro mi strasznie, że te fajne szkoły tak bardzo są zamknięte na potrzeby środowiska lokalnego w wieku 45+ – nas, którzyśmy tu wzrastali. Żadnych inicjatyw, gimnastyki, spotkań… Smutno. Rada dzielnicy też jakoś mało działa.

    Załączam małe wspomnienie pt. “Koło”. Wspomnienie napisane, gdy przed kilkoma laty proboszcz zainicjował zbieranie wspomnień. Plik zawiera zdjęcie, ale nie mam jak wkleić.
    Sylwia Baranowska

    Koło

    Zatoczyłam koło. I wróciłam. I jest mi z tym dobrze.

    Z powrotem mieszkam w domu, w którym zostałam powołana do życia. Znów jestem w MOJEJ parafii. Tu przyjęłam wszystkie Sakramenty (oprócz Sakramentu Chorych, ale to inna opowieść).

    Nie pamiętam, bo nie mogę pamiętać, ale mama mówiła mi, że podczas ceremonii Chrztu zdjęłam księdzu okulary z nosa. Czy był to o. Chodaczek – nie wiem, bo jakoś nie kojarzę go w okularach, ale kto wie! Zaś już próby przed I Komunią – oj tak! Tego się zapomnieć nie da! Ten grzmiący, budzący respekt (ale nie strach) głos z ambony. Ta wojskowa sylwetka i wojskowy niemalże dryl, którym trzymał nas w ryzach! Ale i uśmiech, te śmiejące się oczy mimo marsa na czole…

    Nie wiem, jak chłopcy, ale my, dziewczynki, przejęte byłyśmy kolejnymi etapami edukacji religijnej wręcz niesamowicie. Do tego stopnia, że zacierała się w naszej świadomości różnica między Sakramentami a innymi – nazwijmy to – akcentami, kończącymi kolejne lata katechezy. Te wykuwane na pamięć teksty pieśni i modlitw, te liczne próby. Ale to był taki fajny, mobilizujący stres i świadomość zdobywania kolejnych szczebli „wtajemniczenia” w coś ważnego. W II klasie więc przystępowało się do I Spowiedzi, w III klasie – do I Komunii. A w IV klasie „przystępowało się do Rocznicy”, zaś w V „przystępowało się do Szkaplerza”. 
    Lecz najpierw, zanim nadszedł dzień I Komunii Św., były lekcje religii w Małym Kościele: na chórze albo na dole. Niewygodnie było pisać, bo blaty kościelnych ławek są wąziutkie. A tu trzeba notować, co dyktuje siostra katechetka o Soborze Watykańskim II! I o Śp. Janie XXIII. Że „położył wielkie zasługi…”. „Co to ten sobór, u licha? I jak zasługi można położyć?” – myślałam sobie, grzecznie notując.
    Skoro o Soborze mowa, to pamiętam, jak starsze panie – znajome mojej babci narzekały, że teraz podczas Mszy pomodlić się spokojnie nie można, bo ciągle trzeba coś mówić do księdza. I że odwrócenie się celebransa twarzą do wiernych odziera Mszę z tajemniczości i sacrum. A jakie były zbulwersowane nowym wystrojem Dużego Kościoła! Tym żywym Panem Jezusem nauczającym z Krzyża! „Bo to przecież nie tak!”
    Wróćmy do naszych księży: pamiętam o. Śliwińskiego, jego rumiane policzki i rozmowy z moimi rodzicami podczas wizyt „kolędowych”. A nade wszystko to, że przez okrągły rok kąpał się w morzu!
    Pamiętam roboty budowlane pod Małym Kościołem. Jak zaglądaliśmy potajemnie, aby sprawdzić, czy nie dokopano się do jakichś grobowców! Eh, dzieciaki…
    VIII klasa. Religia jest już w salkach pod Małym Kościołem. Wszystko pachnie nowością, świeżym drewnem, lakierem. Tylko z wentylacją słabo – duszno w tych salkach, a nas – mnóstwo! W każdej grupie ze 40 osób – a salki nieduże!
    Pojawił się nowy katecheta. Dziwny jakiś. Powiedział, że możemy zadawać mu najdziwniejsze pytania i stawiać najdziksze zarzuty – a on postara się sprostać i na wszystko odpowiedzieć najlepiej, jak umie. Bo naszym przywilejem jest pytać, szukać, nie zgadzać się – a jego rolą jest nas przekonać, że to on ma rację. Na tablicy napisał, jak się nazywa: Mieczysław Beresiński. 
    Ojcu Beresińskiemu zawdzięczam w dużej mierze to, jaka teraz jestem. Bo pomimo, iż przeszłam w życiu przez wiele zakrętów, w tym dość ostrych (barierka ledwie wytrzymała!), to jednak wyszłam z nich i jadę dalej, coraz silniejsza. Pewne jego nauki, pewne myśli, postawy pozostały we mnie do dziś. Do dziś mam w teczce z dokumentami swoje wypracowanie na zakończenie katechezy w III klasie liceum oraz wypracowanie maturalne – tak, tak, u o. Beresińskiego zdawało się maturę z religii!
    Z o. Beresińskim przyszło do nas „nowe”. Nowy wystrój Małego Kościoła, nowe elementy podczas Mszy Św. Pamiętam zniesmaczenie ludzi ze starszego pokolenia. Że słabo musi być z Kościołem i z wiarą młodzieży, skoro tylko gitary są w stanie przyciągnąć ją na niedzielną Eucharystię. Że Kościół nagina się do mody – czyli że ustępuje, chwyta się wszelkich dostępnych środków, bo nie ma wyjścia. Że to prawie bluźnierstwo śpiewać w takim tempie. Że po co nowe pieśni, skoro jest tyle starych, pięknych. Że to szarganie Świętości śpiewać o Panu Jezusie „ubogi cieśla z Nazaretu” itp., itd…
    A myśmy wtedy czuli, ze ktoś znalazł klucz do naszych umysłów i serc. Że szanuje nasze młodzieńcze gorące głowy, ale potrafi sprawić, abyśmy patrzyli mądrze i w dobrą stronę. Uczynił z nas wspólnotę. Jakoś tak małymi kroczkami, niepostrzeżenie. To wtedy pojawiło się podawanie ręki na znak pokoju. To wtedy zaczęliśmy przyjmować Komunię w postawie stojącej – w pełni świadomi znaczenia tej zmiany. W niedzielę przed Mszą na skrzyżowaniu przejść w małym Kościele stał stół, na nim naczynia z komunikantami. Każdy, kto wchodził, a zamierzał przystąpić do Komunii, przekładał jeden komunikant do kielicha. Kto tego nie przeżył, nie wie, jak to łączy ludzi. Albo to, że niesienie „darów ołtarza” oraz czytania powierzano komuś „z ławki” – obojętnie – dziewczynie czy chłopakowi. Byliśmy razem. Po jakimś czasie pracy o. Beresińskiego z nami podczas Komunii ławki były puste. Wszyscy szliśmy do Komunii. Nauczył nas, że tak wypada wobec Gospodarza Uczty – przyjść czystym i skorzystać z poczęstunku.
    Co roku podczas matur studenci wyjeżdżali z o. Beresińskim na pielgrzymkę do Częstochowy, a w niedzielę odczytywano z ambony telegram: „Powodzenia tegorocznym maturzystom życzy brać studencka z szefem”. Nie można było napisać, że z księdzem – to jednak była komuna…
    Kolejna migawka – o. Pawlicki. Inwestycje, remonty. To, że potrafił sfinansować biednemu chłopakowi garnitur do ślubu. To, że udzielał pomieszczeń na spotkania opozycji w stanie wojennym. „Zawsze wam mówiłem, że socjalizm to wymysł szatana!”. 
    Później wyprowadziłam się. Dzieci były chrzczone u Św. Franciszka z Asyżu, do I Komunii poszły u Bł. Brata Alberta, Sakrament Bierzmowania – w parafii Opatrzności Bożej. A teraz wróciliśmy tutaj. Jest dobrze. Chyba tak miało być. A ja zrobiłam potężne koło. 

  2. Same dobre wspomnienia mam z tą szkołą… Miałam to szczęście, że trafiłam do niej 3 razy, z czego ten ostatni raz właśnie ze względu na mile wspomnienia. Do Szkoły Podstawowej 64 chodziłam 4 lata, zerówka i klasy I-III, klasy IV-VI spędziłam w Sz.Podst. 52, bo właśnie wtedy wprowadzono gimnazja. Po szóstej klasie wróciłam do “mojej szkoły”, która była już Gimnazjum nr 12. To w niej narodziła się moja miłość do sportu, to dla niej zdobywałam medale na czwartkach lekkoatletycznych, to w jej reprezentacji siatkówki grałam, śpiewałam w kabarecie, grałam w przedstawieniu obcojęzycznym, a wspomniana Pani Zimna dawała mi wskazówki na kółku plastycznym. Tak wiele wspaniałych wspomnień… Po kilku kolejnych latach wróciłam do Gimnazjum na praktyki jako pedagog, jak miło było usiąść wspólnie w pokoju nauczycielskim z nauczycielami, których tak bardzo darzyłam sympatią 🙂 Przykro jest mi słyszeć, że tak wiele się zmieni. Ani trochę nie podoba mi się ta zmiana. Pozdrawiam serdecznie

  3. 🙂 A ja moge tylko pogratulowac za naprawde super artykul – milo powspominac szkole w ktorej spedzilem 8 lat i pozostawilem po sobie jakies imie :))) chyba nadal powinny byc tam dyplomy oraz puchary 🙂

  4. Gimnazjum nr 12 było i jest najlepsze
    W Klasach były głośno ale wspomienia wracają
    Nie raz odwiedzam
    Ja jestem dumny z bycia tam ucznie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *