Jakiś czas temu od jednego ze stałych czytelników – pana Krzysztofa Deresiewicza – otrzymałem taką oto opowieść:
Oto historia Alfreda Glagau i jego żony, Alice, oraz moich Rodziców, w latach 1930-1946 żyjących we Wrzeszczu, w domu przy Gustav-Radde-Weg 7 (dziś ul. Szczepana Pileckiego).
1 sierpnia 1945 roku przywieziono mnie z Milanówka. Dom, w którym zamieszkałem z bliskimi w Gdańsku, mieścił się we Wrzeszczu. Było to przedwojenne mieszkanie moich Rodziców. Projekt domu powstał w roku 1906 na zamówienie pani Elizabeth Lau, z domu Henze, emerytki. Projekt gdańskiego biura architektoniczno-budowlanego Otto Schmidta gdańska policja budowlana zatwierdziła 5 lipca 1906 roku. Roboty rozpoczęły się w październiku tego samego roku i objęły działki oznaczone numerami 156/9 i 182/10. Budowę ukończono około 1910 roku. Budynek składał się z czterech kondygnacji, posiadał własne centralne ogrzewanie, osobne pomieszczenie z maglem, oddzielną pralnię, zaś stolarka okienna, podłogi i werandy zbudowano ze specjalnie sprowadzonego drewna. W środku urządzono piękne, wysokie mieszkania z witrażami w oknach.
W 1930 roku budynek zakupił Alfred Glagau, urzędnikiem bankowymi urodzony w 1900 roku w Niemczech. Jako młody człowiek brał udział w I wojnie światowej, gdzie został inwalidą – odtąd poruszał się o lasce. Z Bawarii przyjechał do Wolnego Miasta Gdańska, gdzie w latach 30. w ówczesnym kościele ewangelickim św. Elżbiety zawarł związek małżeński z Alice.
Alfred musiał być cenionym pracownikiem bankowym, skoro z funkcji prokurenta już w 1931 roku awansował na dyrektora Gdańskiej Kasy Oszczędnościowej (Sparkassendirektor). Budynek Sparkassen mieścił się na rogu ul. Stągiewnej na Wyspie Spichrzów. Budynek ten rozebrano po zniszczeniach wojennych roku 1945.
Z domem przy Gustav-Radde-Weg i ludźmi tam żyjącymi związana jest również historia mojej rodziny. Ojciec mój, Henryk Deresiewicz, przybył do Wolnego Miasta w 1926 roku z Wrześni (tak, tej słynnej wówczas na całą Europę ze strajku dzieci i ich rodziców w obronie języka polskiego), jako młody weteran wojny polsko–bolszewickiej. W latach 30. był właścicielem przedsiębiorstwa mieszczącego się przy Langemarkt 19 (Długi Targ 19).
4 września 1939 roku majątek firmy – gotówka, konta bankowe, zboże w elewatorach, wyposażenie firmy – oraz całe mienie w mieszkaniu, które wynajmował przy Gustav-Radde-Weg, zostało przez władze niemieckie skonfiskowane, a Mama z Ojcem zmuszeni do opuszczenia Gdańska i udania się do Gdyni. Mienie przedsiębiorstwa Ojca zostało przekazane pod zarząd Urzędu Powierniczego Gdańsk–Prusy Zachodnie; personalnie objął je Kurt Ette z Gdańska (w dokumentach archiwalnych znajduje się opis dalszych losów tego mienia). Mama moja, będąc w zaawansowanej ciąży z moim bratem Andrzejem, postanowiła po uzyskaniu stosownych przepustek pojechać do Wrzeszcza, aby zabrać zostawioną w mieszkaniu wyprawkę niemowlęcą. Po wyjaśnieniu celu przyjazdu żonie właściciela, Alice Glagau, Mama poprosiła o umożliwienie wejścia do mieszkania dla zabrania przygotowanej wyprawki. Właścicielka nie wyraziła na to zgody i odesłała Mamę do lokalnego Gestapo, aby tam uzyskała zgodę.
Relację mojej Mamy o treści rozmowy w Gestapo zapamiętałem na całe życie.
Tylko zaawansowana ciąża uchroniła Ją przed aresztowaniem. Mama jak najszybciej wyjechała do Gdyni, skąd z Ojcem przez Poznań dotarli do Warszawy.
W trakcie walk o Gdańsk w 1945 roku, kiedy lotnictwo rosyjskie intensywnie bombardowało miasto, dom Gustav-Radde-Weg uległ niewielkim uszkodzeniom. Bomby lotnicze spadły na sąsiadujący budynek, niszcząc jego połowę – szczęśliwym trafem jeden z ładunków nie eksplodował, jednak podmuch po eksplozji zniszczył w naszym domu akwaria z rybkami, wszystkie okna, witryny szklane, a także dach budynku. Mieszkańcom nic się nie stało, gdyż znajdowali się w specjalnie przygotowanym schronie piwnicznym o grubych, betonowych ścianach i specjalnym wyjściu ewakuacyjnym, przygotowanym na wypadek zawalenia się domu.
W marcu 1945 roku Armia Czerwona wkroczyła do Gdańska. Właściciel domu, Alfred Glagau z żoną, pozostali na miejscu, jednak zajmujący mieszkanie Rodziców Otto Dietz, szef kantoru wymiany walut Reichsbanku, uciekł z miasta, zabierając ze sobą całe mienie Rodziców.
I tu zaczyna się tytułowa brylantowa historia.
Ojciec mój w tym samym marcu 1945 roku wrócił do Gdańska, aby zorientować się w sytuacji przedwojennego mieszkania. Zastał je puste; w mieszkaniu nr 2 pozostali właściciel domu z małżonką oraz ich gosposia, Polka o imieniu Helenka. W domu nie było wody, nie działała kanalizacja, nie było ogrzewania ani elektryczności. W okolicznych ogródkach i na placach znajdowały się groby ludzi zmarłych w czasie oblężenia Gdańska. Po zakończeniu walk specjalne grupy dokonywały ich ekshumacji.
Nieoczekiwanie w swoim mieszkaniu umarł Alfred Glagau. Jego żona, Alice, była zdruzgotana tą sytuacją i niezdolną do jakiegokolwiek działania. Jako że w tym czasie wciąż nie funkcjonowały instytucje zajmujące się pochówkami zmarłych, mój Ojciec z Helenką owinęli ciało nieboszczyka w koc i pochowali je w pobliżu domu, gdzie spoczywa do dziś.
Zgodnie z postanowieniami konferencji w Poczdamie ludność niemiecka miała opuścić tereny objęte przez Polskę – w tym byłe Wolne Miasto Gdańsk. Ludność ta była systematycznie przewożona pociągami do stref alianckich w Niemczech. Pani Glagau otrzymała wezwanie do stawienia się w miejscu zgrupowania osób do wyjazdu. Przygotowany pociąg czekał na specjalnym peronie przy dworcu we Wrzeszczu. Zabrać ze sobą mogła tylko bagaż ręczny. Najcenniejszą rzeczą, jaką miała, była kolekcja pięciu brylantów, każdy o średnicy 1,5 cm. Zdając sobie sprawę, że może być w trakcie podróży rewidowana, ukryła brylanty we włosach obwiązanych chustą. W ten sposób bezpiecznie przewiozła je do alianckiej strefy alianckiej, gdzie pozostała do końca swego życia i skąd sporadycznie pisywała do swojej byłej gosposi, Helenki. Władze niemieckie wypłaciły jej odszkodowanie za utracony dom w Gdańsku, zaś owe brylanty pozwoliły jej na spokojne życie. Do Gdańska nigdy nie przyjechała.
Sprawa mienia utraconego przez obywateli polskich nigdy nie znalazła rozwiązania. W 1947 roku moi Rodzice zwracali się do Biura Rewindykacji i Odszkodowań Wojennych w Warszawie o rewindykację mienia osobistego i odszkodowanie. Otrzymali odpowiedź, iż władze amerykańskie odmówiły prawa rewindykacji przedmiotów z byłego Wolnego Miasta Gdańska. W ten sposób Rodzice moi zostali z niczym.
Ja po 66 latach szczęśliwego zamieszkiwania w tym najpiękniejszym dla mnie miejscu, powróciłem do miejsca mego urodzenia. Dom przy ul. Szczepana Pileckiego 7 przeszedł kilka lat temu generalny remont pod nadzorem konserwatorskim, dzięki czemu znów cieszy swoim wyglądem.
Krzysztof Deresiewicz
Czy masz już moją nową książkę? Jeśli nie, to kliknij w okładkę i kup:






















