„Cygańskie tabory wywoływały wielki popłoch wśród miejscowych gospodyń” – wspomnienie (cz. 5)

Oto piąta część wspomnień pana Andrzeja Kupidury, mieszkańca Dolnego Wrzeszcza, spisanych za moja zachętą i publikowanych za jego zgodą (bardzo dziękuję!):

Ulica Roosevelta – czyli dzisiejsza al. gen. Józefa Hallera – na wysokości naszego podwórka od zachodniej strony była zabudowana przedwojennymi, długimi trzypiętrowymi kamienicami z dwuspadowym dachem pokrytym czerwoną dachówką. Wzdłuż bloków biegł szeroki chodnik wyłożony betonowymi płytami, takimi kwadratowymi, jakieś 50 x 50 cm, o gładkiej powierzchni. Za krawężnikiem biegła jezdnia wybrukowana granitową kostką, obecnie zaasfaltowaną. Jezdnia była dość wąska, ale dwukierunkowa. Za jezdnią, aż do dwurzędowej lipowej alejki, rozciągał się ugór szerokości ok. 30-40 metrów. Między lipami był szeroki, przyjemnie zacieniony chodnik.

Za tą lipową aleją i niewielką skarpą, w kierunku ulicy Ostroroga, na początku lat pięćdziesiątych zaczęła się budowa bloków mieszkalnych, jak się później okazało przeznaczonych dla pracowników Stoczni Gdańskiej (wtedy jeszcze bez imienia Lenina). Powstawały trzykondygnacyjne bloki z surowej cegły, ze skośnymi dachami i mieszkalnym poddaszem. W części parterowej znalazły się sklepy najróżniejszych branż. Plac budowy stoczniowych bloków rozciągał się od ul. Mickiewicza przez Żywiecką, aż do ul. Kościuszki i dalej w dół do Klonowicza, tuż obok wysypiska śmieci, aż do Kochanowskiego, do stacji kolejowej Gdańsk-Kolonia.

Ulica Manifestu Połanieckiego na Osiedlu Roosevelta we Wrzeszczu, rok 1958 (foto z Internetu)

Utwardzona jezdnia Alei Roosevelta kończyła się u zbiegu z ulicą Kościuszki, a dalej aż do morza biegła droga nieutwardzona, wysypana jakimś żużlem, który powodował tumany czarnego pyłu wzbijanego naszymi nogami podczas naszych wędrówek „nad morze”. Podobnie było i wówczas, gdy pędzono tamtędy stada krów na pastwiska przy lotnisku. Na tym odcinku trzeba było uprawiać slalom pomiędzy plackami odchodów!

Ugór pomiędzy jezdnią, a wcześniej opisywaną lipową aleją, stanowił jakoby „ziemię niczyją”, zarośniętą różnego rodzaju zielskiem, na którym gdzieniegdzie wypasały się, krowy, czasami kozy. Na ugorze tym często rozkładało się „wesołe miasteczko” z karuzelami i strzelnicami, wywołując tym sporą euforię wśród dziecięcej gawiedzi. Karuzele posiadały napęd ręczny! Główny, pionowy słup karuzeli osłonięty był dekorowaną ścianą, za którą znajdował się ręczny kierat. Za czterorundową pracę przy tym kieracie przysługiwała nam runda na dużej karuzeli łańcuchowej. Skrzętnie z tego korzystaliśmy! Potrafiliśmy przesiedzieć tam dzień cały! Po tygodniu, czy dwóch, przy wielkim naszym żalu, karuzele odjeżdżały.

Przyjeżdżały za to cygańskie tabory, rozkładając się na ugorze, ze swoimi oszklonymi, udekorowanymi różnymi malunkami wozami, ogniskiem, muzyką, śpiewem i tańcami. Tabory rozkładały się najczęściej przy wysypisku śmieci lub dalej, za oczyszczalnią ścieków, pod laskiem u zbiegu Roosevelta i Chrobrego, tam gdzie dzisiaj znajduje się rondo przy nowopowstałej alei Marszałka Płażyńskiego, już prawie w Brzeźnie. Byliśmy tam dość częstymi gośćmi. Cygańskie tabory wywoływały wielki popłoch wśród miejscowych gospodyń, które na głucho zamykały wszystkie kurniki, bo trzeba wiedzieć, że prawie na każdej posesji hodowano wtedy kury, kaczki czy nawet gęsi. Większego pogromu wśród tego ptactwa, jaki potrafiły Cyganki, nie zrobiłby nawet tabun lisów! Kura czy kaczka w mgnieniu oka, z ukręconą głową, ginęła w fałdach przepastnych, kolorowych spódnic.

Ale jak to życiu bywa, nic nie trwa wiecznie! W latach pięćdziesiątych rozpoczęła się wielka budowa drugiej jezdni, ulica do tamtego czasu przyjęła imię Karola Marksa. Wykonano głębokie wykopy pod kolektor deszczowej kanalizacji, a później położono tory tramwajowe od ulicy Mickiewicza aż do pętli tramwajowej przy fińskich domkach. Karuzele przeniosły się na placyk przy placu ks. Komorowskiego, a Romów – nie bez pewnych oporów z ich strony – przymusowo osiedlono na terenie barakowego osiedla Narwik. Teren budowy, głębokie wykopy, wagoniki robocze, takie jak w kopalniach na wąskich szynach, stał się placem naszych całodziennych zabaw. W tych wykopach, zdarzało się, znajdowaliśmy nawet spore kawałki bursztynu!

Ulica Karola Marksa, gdy już zasiedlono stoczniowe bloki, zbudowano drugą jezdnię i ruszył tędy tramwaj, straciła swój dotychczasowy charakter, nabierając takiego już miejskiego poloru. To już nie było to samo! Tajemnice przestały być tajemnicami… A my? My z młokosów zmienialiśmy się w kawalerów, dziewczyny w panny, horyzonty zaczynały się rozszerzać. Kończyła się szkoła podstawowa, rozpierzchliśmy się po różnych liceach i technikach, rozluźniając nasze dotychczasowe więzi.

Szósta część wspomnień pana Andrzeja już niebawem.

A tu cztery poprzednie części:

5 komentarzy na temat “„Cygańskie tabory wywoływały wielki popłoch wśród miejscowych gospodyń” – wspomnienie (cz. 5)

    • Tak było! To,ze wracaliśmy czarni i to ,że godzinami w wodzie. W wodzie obok stalowego wraku jakiegoś nie wielkiego statku.

  1. Pamiętam tabory cygańskie w miejscu gdzie potem została wybudowana ” Cyganeria”, obecnie Biedronka . Popularne były wtedy „majówki”, kiedy całe rodziny w niedziele wybierały się z prowiantem na pikniki , właśnie na przeciwko obecnej Biedronki. Nas dzieci straszono ,żebyśmy nie przechodzili na druga strone , bo porwą nas cyganie. Pikniki przeciągały sie do późna . Do dziś pamietam ogniska i dochodzący śpiew z taborów cyganskich

  2. Pingback: „Na skrzyżowaniu z ulicą Roosevelta, w zielonym, drewnianym budyneczku, działał Bar Mleczny, taki bez nazwy” – wspomnienie (cz. 8) | Z Wrzeszcza - blog Jarka Wasielewskiego

  3. Pingback: „Przyjeżdżał do nas „szmaciarz”. Jego konny wóz był obwieszony różnymi dobrami, a on sam darł się wniebogłosy: Szmatyyy, butelkiii, słoikiiii skupuję!” – wspomnienie (cz. 9) | Z Wrzeszcza - blog Jarka Wasielewskiego

Skomentuj SB Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.