„Przyjeżdżał do nas „szmaciarz”. Jego konny wóz był obwieszony różnymi dobrami, a on sam darł się wniebogłosy: Szmatyyy, butelkiii, słoikiiii skupuję!” – wspomnienie (cz. 9)

Oto dziewiąta część wspomnień pana Andrzeja Kupidury, mieszkańca Dolnego Wrzeszcza, spisanych za moja zachętą i publikowanych za jego zgodą (bardzo dziękuję!):

Ulica Jagienki – podobnie jak i Zbyszka z Bogdańca – od strony ulicy Mickiewicza składała się z czterech szeregowców, po dwa z każdej strony ulicy. W przerwie pomiędzy szeregowcami biegła mała uliczka łącząca aleję Roosevelta (dziś al. gen. Józefa Hallera) z ulicą Zbyszka z Bogdańca. Uliczka ta miała jakiś metr lub półtora szerokości, była skrótem przeznaczonym dla ruchu pieszego. Podobna uliczka, usytuowana prostopadle do tej pierwszej, biegła na tyłach ogrodów pomiędzy ulicami Jagienki i Zbyszka z Bogdańca, umożliwiając dostęp do ogrodów od zaplecza budynków. Była szersza, można w nią było wjechać wozem konnym, a nawet samochodem. Zaczynała się wjazdem od strony ul. Lilli Wenedy, przecinała tę pierwszą uliczkę i kończyła się ślepo na ogrodzeniu gospodarstwa ogrodniczego przy ulicy Mickiewicza, vis a vis tzw. Dużego Kościoła. „Ogrodnik” rozciągał się od Jagienki aż do Zbyszka z Bogdańca. Obecnie teren ten zabudowany jest budynkiem wielorodzinnym.

Zabudowa przy Osterzeile (ul. Stanisława Dubois), ok. 1930 (fotopolska.eu)

Owe dwie uliczki były dla nas swoistym Eldorado, gdyż to tam okoliczni mieszkańcy wyrzucali niepotrzebne – według nich – rzeczy. Znajdowało się tam prawdziwe skarby! Na przykład butelki, które umyte w Rzeczce, sprzedawaliśmy na skupie butelek, oraz odpadki metali kolorowych, które zamienialiśmy w brzęczącą monetę na skupie złomu. Najlepiej szła miedź, mosiądz i aluminium. O idei recyklingu co nieco dowiadywaliśmy się w szkole – wtedy nazywano to „surowcami wtórnymi”, a ich zbiórki uważano za wielce pożyteczne – ale że to właśnie recykling, to dowiedzieliśmy się trochę później.

Przy uliczkach stały różnego rodzaju budy, każda z nich inna. Służyły do rożnych celów: a to jako skład narzędzi ogrodniczych, a to jako magazyn czegoś, co szkoda było wyrzucić „bo na pewno się kiedyś przyda”. Było tam wszystko i nic. Buszowaliśmy często po dachach tych bud, gdyż jedna przylegała do drugiej. A że ich dachy miały różną wysokość, to był to swoisty tor przeszkód. Biegaliśmy tak do czasu, aż pewnego razu zarwał się pod nami nieco już zbutwiały dach pokryty papą! Kilkoro z nas – na pewno mój brat Jarek i Mundek B. – wpadło do środka, wprost na kapoki – takie duże pojemniki pełne różnokolorowych farb. Pewnikiem działał tam malarz. Było bardzo kolorowo – i nasze tyłki po tym incydencie też zmieniły kolor!

W latach mojego dzieciństwa bardzo popularny był handel obwoźny. Przyjeżdżał do nas na przykład „szmaciarz”. Jego konny wóz był obwieszony różnymi dobrami (garnki, patelnie, celofanowe piłeczki na gumce, wiatraczki, gumowe piłki), a on sam darł się wniebogłosy: „Szmatyyy, butelkiii, słoikiiii skupuję!”. Co prawda stanowił dla nas konkurencję, ale możliwość zdobycia niezwykłych fantów w zamian za butelkę lub słoik osładzała troszkę naszą do niego niechęć. Nie był to zresztą jedyny przedstawiciel „prywatnej inicjatywy” odwiedzający naszą ulicę. Czasem zjawiał się ze swoim podręcznym warsztatem szlifierz. Krzykiem obwieszczał swoje przybycie, choć fakt, że przybył był wszystkim wiadomy – szlifowanie, ostrzenie noży i nożyczek do cichych nie należało! Spod szlifierki – co nas bardzo fascynowało – buchały iskry. Odwiedzał nas też szklarz-domokrążca. Ciągnął swój czterokołowy wózek, a na nim tafle szkła, z których wykrajał szyby „na wymiar” i na miejscu osadzał je w ramach, w miejscu zbitych szyb. Pamiętam charakterystyczny zapach gniecionego w terpentynie kitu! A bywało, że z głośnym „Garnki, miski, wiadra drutuję!” swoje przybycie obwieszczał także „druciarz”.

Z kolei jesienią naszą ulicę odwiedzały wozy konne, zapowiadane głośnym „Kartofleee!”. Niosło się to po całej ulicy, wyciągając z domów nasze Matki, Ciocie, Babcie, które kupowały w detalu kilka kilogramów ziemniaków, jakieś buraki czy cebulę. Zdarzały się również zakupy hurtowe – nieraz całe worki ziemniaków lądowały w piwnicach.

Od czasu do czasu naszą ulicę odwiedzał hycel, który wyłapywał błąkające się po ulicy psy. Łapał je w sieć rozpiętą na kabłąku na długiej tyczce. Było sporo zamieszania, gdy okazywało się, że złapano jakiego psa wcale nie bezpańskiego! Wtedy trzeba go było wykupić… Wspomniane na wstępie uliczki były dla hycla najlepszym miejscem – niezbyt szerokie, zablokowane z obu końców przez łapaczy (bo hycle zawsze jeździli parami), uniemożliwiały biednym psiakom ucieczkę. Kto zobaczył budę hycla, ten natychmiast rozpuszczał wici po całej ulicy – przecie wszystkie psy z okolicy były nasze!

*

Tu przeczytasz osiem poprzednich części:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.