„Gangi” Dolnego Wrzeszcza – wspomnienie (cz. 4)

Oto czwarta część wspomnień pana Andrzeja Kupidury, mieszkańca Dolnego Wrzeszcza, spisanych za moja zachętą i publikowanych za jego zgodą (bardzo dziękuję!):

Tereny przyległe do „naszej” ul. Jagienki stanowiły swoiste odrębne terytorium, które my, „chłopcy z ulicy”, uważaliśmy za „swoje”. Cała nasza kilkunastoosobowa „banda” gotowa była go bronić (jak „smakowało” to poczucie własności i odrębności opisał Ferenc Molnar w „Chłopcach z Placu Broni”, którą czytałem w dzieciństwie). To wtedy doświadczałem po raz pierwszy tego, co znaczy honor, co to poczucie wspólnoty, co to duma! Dzisiaj, słuchając piosenki „Chłopcy z naszej ulicy”, śpiewanej przez Piotra Fronczewskiego czy „Co się stało z naszą klasą” Jacka Kaczmarskiego, natychmiast „wyświetlają” mi się przed oczami twarze, nazwiska i adresy moich rówieśników, członków naszego „gangu”. Jak by nie patrzyć, były to pierwsze przymiarki do budowania w sobie patriotyzmu, wprawdzie lokalnego – ale zawsze. Czuliśmy się bardzo mocno związani i z grupą i z miejscem. Było właśnie tak, że w każdej krytycznej sytuacji można było niezawodnie liczyć na „chłopaków z naszej ulicy” – i na dziewczyny czasami też, bo dziewcząt w naszej paczce też była spora gromadka.

Anonimowi chłopcy na placu bp. E. O’Rourke przy skrzyżowaniu ulic Mickiewicza, Klonowicza i Kochanowskiego, w tle ruiny kamienic przy ul. Mickiewicza; lata powojenne (zdjęcie z Internetu)

Przebywanie w takiej grupie było autentyczną szkołą życia! W tej szkole, poza „wuefem” – kilkugodzinnymi meczami w piłkę nożną, grą w klasy, w palanta, uganiania się za rowerową obręczą z drucianą popychaczką w ręce – były także lekcje fizyki, geografii, pisania i czytania, były lekcje historii, była nauka odpowiedzialności za siebie i za innych członków grupy.

Były też – trzeba się przyznać – lekcje medycyny, a dokładniej: anatomii.

Lekcją geografii była gra w „Państwa-miasta-góry-rzeki”. Każdy z nas brał kartkę zeszytowego papieru, rysował tabelę i po wywołaniu konkretnej litery alfabetu, w odpowiedniej rubryce wpisywał nazwy: państw, miast, rzek, gór, jezior itp. Wtedy niejedno z nas dowiadywało się, że Brasilia to stolica Brazylii, że w Australii jest Góra Kościuszki, a w Afryce państwo i rzeka o tej samej nazwie: Kongo. Było przy tym sporo kłótni, bo trudno było ustalić, czy Canberra (stolica Australii) jest na C czy na K, czy Chile jest na C czy na H!

Lekcja fizyki to doświadczenia z ręcznym dynamem. Kable trzymało się w gołej ręce, a drugą podawało się kolejnej osobie, ta podawało kolejnej. Następnie „operator” kręcił korbką dynama… i trzepało zawsze ostatniego w rządku! Wraz z lekcją fizyki pewnego razu przyszła też nauka w rodzaju „co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”. Otóż podłączyliśmy z bratem kabelki dynama do metalowej klamki drzwi wejściowych, czekając na powracającego z pracy Ojca. Gdy Ojciec złapał za klamkę, jeden z nas pokręcił korbką, Ojca trzepnęło… a potem Ojciec przetrzepał nas obu!

O lekcji anatomii wiele opowiadał nie będę, powiem tylko, że szybko rozwiązaliśmy zagadkę, dlaczego my, chłopcy, sikamy na stojąco, a dziewczyny kucają!

W Dolnym Wrzeszczu, podzielonym na „terytorialne strefy wpływów” można było wyróżnić kilka „gangów”: grupę chłopców z ulic Zygmunta Augusta, Deotymy i Lwowskiej, w której rej wodzili bracia Hipek i Janusz G.; grupę chłopaków z Kolonii Uroda oraz kolejną z ulicy Roosevelta (dziś al. gen. J. Hallera) i Żywieckiej. Jednak największy respekt budziła tzw. Banda Hopa (chyba od nazwiska jej „wodza”). Była to grupa nieco starszych chłopaków z okolic placu ks. Komorowskiego, Chrobrego i Lelewela. Miałem pewnego razu „nieprzyjemność” kontaktu z nimi. Byłyby „bęcki”, ale w ostatniej chwili zostałem uratowany przez jednego z tej grupy, gdy rozpoznał mnie jako młodszego brata dziewczyny w której się „podkochiwał”…

Autor wspomnień z siostrą Basią na rogi ulic Jagienki i Adama Mickiewicza

Zdarzało się, że zawiązywaliśmy międzypodwórkowe „sojusze”. Najczęściej z tymi z Roosevelta, szczególnie wtedy, gdy wybieraliśmy się na film lub potańcówkę (ale to już trochę później) do „tańcbudy” na Kolonii Uroda. Oglądaliśmy tam „Świat się śmieje”, „Czapajewa” czy „Dym w lesie”, a później, już jako podrostki, chadzaliśmy na potańcówki, siejąc zazdrość wśród miejscowej kawalerki, gdyż dziewczęta z Kolonii nader chętnie dawały się podrywać „chłopakom z miasta”, za jakich wówczas uchodziliśmy. Wspomniany sojusz był niezbędny, gdyż razem z chłopakami z Roosevelta stanowiliśmy „męską” większość i nikt nam na Kolonii Urody nie podskoczył!

Później, gdy już chodziliśmy do szkoły, te animozje odnośnie terytorium traciły swoją intensywność, gdyż zawiązywały się znajomości, przyjaźnie i sympatie kiełkujące w szkolnych klasach, na szkolnych korytarzach i na boiskach. Bliskich znajomych zaczęło się mieć na dużo większym terytorium. Nasz świat to już nie była tylko „nasza ulica”. Granice poznania zaczęły się przesuwać, odkrywając przed nami nowe możliwości. Z tych możliwości skorzystaliśmy różnie, każdy na swój sposób. Nasze drogi zaczynały się rozchodzić.

W ostatnich latach byłem już, niestety, na kilku pogrzebach chłopaków i dziewcząt z naszej paczki…

Piąta część wspomnień pana Andrzeja już niebawem.

A tu trzy poprzednie części:

2 komentarze na temat “„Gangi” Dolnego Wrzeszcza – wspomnienie (cz. 4)

    • Było się kogo bać, Szczególnie młodszy Janusz był nie lada „zakapiorem” ! Pozdrowienia dla sąsiada z Deotymy !

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *