„Pan woźny wielkim dzwonkiem na drewnianej rączce obwieszczał początek i koniec przerwy” – wspomnienie Urszuli Śmiałek

Dzieciaki z mojego podwórka rodziły się w szpitalu przy ul. Klinicznej, a uczyły w „dwudziestce ósemce”, działającej w wielkim, nieco ponurym gmaszysku z czerwonej cegły, stojącym przy początku ul. Leczkowa. Właściwie w budynku działała nie jedna, ale dwie szkoły, rozdzielone wielką salą gimnastyczną do użytku wspólnego: w jednym końcu dwudziesta ósma, w drugim – osiemnastka. Ta ostatnia miała w owym czasie status szkoły specjalnej, więc godziny zajęć i przerw były przesunięte w fazie, by dzieci „normalne” raczej się z „tymi drugimi” nie stykały.

Pamiętam mój pierwszy dzień szkoły, kiedy w uszytym przez ciocię, a wymaganym przez regulamin szkolny mundurku, ściskając rękę mamy, szłam przez porośnięte gęsto kasztanowcami boisko szkolne. Gmach o surowej architekturze zrobił na mnie niemałe wrażenie i niósł obietnicę tajemnic, które w kolejnych latach miałam stopniowo odkrywać.

Kilka wejść do budynku, nie wszystkie czynne, wśród których największym powodzeniem cieszyły się te ozdobione dużymi kamiennymi kulami – o siadanie na nich toczyła się ostra konkurencja.

Dwa małe, wolno stojące budyneczki, w których przed wojną mieściły się szkolne szalety, a w naszych czasach – składowisko połamanych ławek i krzeseł, które można było zobaczyć przez niedomknięte drzwi.

Zamknięte wejścia do podziemnych bunkrów – na zamykających je deskach dziewczyny godzinami grały w „gumę”, a betonowe słupki wywietrzników służyły do gry w berka. Kto zdążył wskoczyć na słupek, był bezpieczny.

Drewniane ławki z otworem na kałamarz, piece kaflowe w każdej klasie oraz pan woźny, który wielkim dzwonkiem na drewnianej rączce obwieszczał początek i koniec przerwy.

Duże boisko szkolne od strony alei Marksa obsadzone było lipami, a od strony ul. Wyspiańskiego – kasztanowcami (cała dzielnica chadzała tu jesienią po kasztanowe łupy!) i dostarczało miejsca do swobodnego ganiania na dużej przerwie. Starsze klasy gromadnie wyprawiały się wtedy, poprzez podwójną jezdnię i tory tramwajowe (!), do małej piekarni przy ul. Kochanowskiego, gdzie już czekał ciepły chleb, przewidująco podzielony na ćwiartki. Taka ćwiartka kosztowała złotówkę, co może i było wydatkiem dla uczniowskiej kieszeni, ale jak odmówić sobie takich pyszności! Najpierw wyjadało się miękisz, żeby na koniec pozostawić chrupiącą, brązową skórkę – największy przysmak. Więc co długa przerwa dzieciaki zlatywały się po chleb jak stado wróbli.

Z początkiem wiosny jednak, kiedy otwierała podwoje słynna lodziarnia „Eskimos” przy ul. Wyspiańskiego, wyprawy po chleb stawały się rzadsze, bo lody były jednak większą atrakcją. Gałka za złotówkę – szczęściarze, którzy mieli w kieszeniach piątkę z rybakiem, zamiast w rożku dostawali porcję w kubeczku przez co ścigały ich pełne pożądliwości spojrzenia mniej zasobnych kolegów.

O dziwo, nauczyciele, którzy doskonale wiedzieli o naszych wędrówkach, patrzyli jednak na nie przez palce i nie przypominam sobie, by ktokolwiek z nas poniósł jakiekolwiek konsekwencje z tytułu opuszczenia terenu szkolnego.

To były fajne lata, zadzierzgania trwałych przyjaźni, zdobywania wiedzy u pedagogów z prawdziwego zdarzenia, lata, kiedy szkoła nie tylko uczyła, ale i wychowywała uczciwych ludzi i porządnych obywateli. Nie było chuligaństwa, przemocy, agresji, ale też gdy się zasłużyło, nauczyciele karali bez wahania. A my czuliśmy respekt i darzyliśmy naszych pedagogów prawdziwym szacunkiem. Owszem, na boisku szkolnym odbywały się honorowe pojedynki na pięści – adwersarze, zrzuciwszy na ziemię nieodłączne tekturowe tornistry, rozstrzygali chłopackie spory. O ile jednak odbywało się to według zasad swoistego fair play i nikomu nie stała się krzywda, nauczyciele nie interweniowali.

Niepisaną tradycją szkoły było, że odchodzące roczniki ryły na ceglanym murze napisy na pamiątkę. Kiedy przyszedł mój czas, wyryłam taki napis i ja. To wtedy dowiedziałam się, że istnieją takież napisy wycięte przez moją mamę w roku 1947 i jej młodszego brata w 1949.

Byłam ostatnim rocznikiem, który ukończył ukochaną „dwudziestą ósmą” w 1977 roku, przed jej likwidacją. W budynku urządzono Wojewódzką Bibliotekę Pedagogiczną, a później także Centrum Edukacji Nauczycieli; obecnie działa tu ośrodek adopcyjny. Dawne boisko szkolne, z chodnikami z pieczołowicie ułożonych na sztorc żółtych cegieł, rozjeżdżają samochody pracowników.

Co pozostało z tamtych lat? Dawni uczniowie dorośli i rozjechali się po świecie, wędrując za swoimi przeznaczeniami. Nie ma już piekarenki przy ul. Kochanowskiego, ale w lodziarni „Eskimo” – bo tak teraz brzmi jej nazwa – wciąż można kupić lody o smakach: śmietankowe, owocowe, karmelowe, malaga. Na budynku dawnej szkoły przy głównym wejściu wciąż wisi pamiątkowa tablica z nadania szkole imienia Obrońców Wybrzeża. Ostał się na boisku wielki dąb z przybitą gwoździem tabliczką „Pomnik przyrody prawem chroniony”, ostały się wejścia do bunkrów, dziś zabezpieczone stalowymi płytami. W dawnym wychodku natomiast od lat funkcjonuje biuro turystyczne. Pozostały także napisy po zastępach dawnych uczniów. Także te rodzinne, choć z każdym rokiem coraz bardziej zaciera je czas.

Jesienią wciąż zbieram tam kasztany. Teraz już z wnukiem.

Urszula Śmiałek, marzec 2020

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *