„Jesienią znosiliśmy z Kościuszki sterty klonowych liści…” – wspomnienie (cz. 1)

Poniżej prezentuję pierwszą część wspomnień pani Sylwii Baranowskiej, mieszkanki Dolnego Wrzeszcza, spisanych za moja zachętą i publikowanych za jej zgodą (bardzo dziękuję!):

Stopklatki z Dolnego Wrzeszcza, cz. 1

Gdy byłam dzieckiem, okna w mieszkaniach były pojedyncze. Zimą ziąb straszny. Siadając na kibelku, między deskę a uda podkładałam dłonie. Na codzienne mycie grzało się wodę w kuchni, bo dzięki westfalce (gotowanie) było tam cieplej niż w łazience. Później duża miednica i heja! Na kąpiel w wannie trzeba było napalić w „kolumience” – ale to był rytuał sobotni. Remont kapitalny tych budynków był jakoś w latach 60. Wówczas schowano pod tynk przewody elektryczne (bo szły „po wierzchu”); zamontowano drugie okna (nadal „skrzynkowe”), zainstalowano oświetlenie w piwnicach.

Stare okna na klatce przy ul. Deotymy

*

Ulica Deotymy to była taka luźno powiązana wspólnota. Jako dzieciaki (a sporo nas było, bo to wyż demograficzny z lat 50.) nie byliśmy anonimowi. Gdy się nabroiło, jakieś sąsiedzkie oko zawsze to dostrzegło. Ale też i chyba byliśmy dzięki temu jakoś bardziej bezpieczni. Poza tym skromne warunki życia zbliżały ludzi do siebie. Np. mała liczba telefonów powodowała, że posiadacz telefonu użyczał go sąsiadom. Myśmy mieli telefon. Nieraz zdarzało się, że biegłam do klatki naprzeciwko, bo z Opery był telefon do pana Wojtka – śpiewaka, który podnajmował pokój u sąsiadów.

Obcy pojawiali się rzadko. Przez kilka miesięcy w podnajętym pokoiku kilka klatek dalej mieszkał jakiś rosyjski fachowiec z Murmańska, którego oddelegowano do stoczni. Czy przyjechał z żoną – nie kojarzę. Ale na pewno był tu z synem. Dima miał może z 8 lat i strasznie znęcał się nad zwierzętami. Z sadystycznym uśmiechem rozdeptywał mrówki wędrujące chodnikiem. Chwytał też okoliczne koty, mocno łapał je za ogon i kręcił sobie takim kotem młynka nad głową. Robił tak do momentu, gdy któregoś dnia nie wytrzymałam, (a byłam ciut starsza od Dimy). Chwyciłam go z całych sił za włosy i obracając się wokół siebie zrobiłam mu „karuzelę”. 

Nie pobiegł do nikogo naskarżyć. Zresztą myśmy nie skarżyli na siebie: po co było słuchać „skarżypyta bez kopyta, język lata jak łopata”?

Pojawiali się też dorośli „obcy”. Z wczesnego dzieciństwa pamiętam skrzypka pod oknami na podwórku. Babcia zawsze rzucałam mu jakąś monetę zawiniętą w papierek.

Przychodziły też Cyganki – sprzedawały rondle i patelnie. Babcia czasem coś od nich kupiła, ale na wróżenie nie pozwalała.

Kiedyś niewielki tabor zatrzymał się na trawiastym „placyku” między podwórzem ul. Kościuszki a nieparzystą stroną Deotymy. Ależ nas pożerała ciekawość! Jednak lęk był silniejszy i obserwowaliśmy ich z bezpiecznej odległości. Pamiętam, że nauczyłam się wtedy wierszyka: „Hej tam pod lasem coś błyszczy z dala / banda Cyganów ogień rozpala”.

*

Lata 60.

Chodziłam do Szkoły Podstawowej nr 24. Lubiłam powroty ze szkoły. Jesienią, wiosną, latem wokół ronda (myśmy nazywali to „placykiem”) na skrzyżowaniu ulic Lilli Wenedy i Dubois po deszczu były fajne kałuże okalające prawie cały „placyk”. Można było puszczać łódki z papieru.

SP 24 (fot. Yanek/fotopolska.eu)

SP 24 (fot. Yanek/fotopolska.eu)

Zimą było jeszcze fajniej. Śnieg chrzęścił pod butami, skrzył się w świetle latarń, mróz szczypał w policzki. A już po przekroczeniu ul. Kościuszki w nozdrza wlatywał zapach dymu unoszącego się z kominów. Ten zapach oznaczał wejście do ciepłego mieszkania i przytulenia się do ciepłego pieca. Ten dym PACHNIAŁ! Do dziś pamiętam ten zapach kojarzący się z ciepłym domem.

W łazienkach też były piecyki – z zamontowaną na nich tzw. kolumienką, czyli zbiornikiem na wodę. Wychodziła z niej bateria: wylewka oraz białe ceramiczne pokrętła z napisami KALT oraz WARM. Aby móc się wykąpać, trzeba było w owym piecyku napalić. Wielką frajdą było strzelanie z tubek po paście do zębów NIVEA, w cenie 3,05 zł. Tubki były z cienkiego aluminium. W miarę wyciskania pasty tubkę mocno się zwijało, a gdy już zużyło się całą pastę – mocno zakręconą tubkę wkładało się na żar w piecu. Tubka się powoli rozwijała, rozprężała… i PAF! – strzelała z hukiem.

Po obiedzie wychodziło się na sanki. Albo ciągaliśmy się po jezdni (samochodów było jak na lekarstwo – na całej ulicy może z 3 lokatorów miało auto, w tym 2 taksówkarzy: pan Grzebieniak pod „jedynką” i pan Kalitowski pod „trójką”), a i mało kto tamtędy przejeżdżał. Albo korzystaliśmy z nieco wyższego niż poziom chodnika kawałka wolnego terenu porośniętego trawą – pomiędzy nieparzystą stroną Deotymy a podwórzem ul. Kościuszki. Tam się trzeba było nieco rozpędzić pchając sanki przed sobą, a potem ZIUUUU, aż na przeciwległy chodnik. W skali ludków kilkuletnich był to całkiem spory kawałek. Nawiasem mówiąc po tej przeciwnej stronie (czyli parzyste numery Deotymy) były 2 garaże. Lewy należał do prof. Drozdowicza z Politechniki Gdańskiej.

Któraś zima była wyjątkowo „uatrakcyjniona”, bo na ul. Lwowskiej, bardzo blisko skrzyżowania z ul. Chrobrego, miał powstać blok mieszkalny. No i zwieziono tam sporą hałdę piachu, która – gdy przykrył ją śnieg – stała się kapitalnym miejscem do zjeżdżania na sankach. Chyba miałam lat niewiele, bo Mama pozwoliła mi tam iść wyłącznie pod opieką o 2 lata starszej koleżanki z naprzeciwka. 

Ogródki nie były tak mocno poogradzane, jak teraz. Gdy więc pogoda pozwalała – hulaliśmy swobodnie – acz bez wandalizmu. A to wczesnym latem u pana Kani (Deotymy 4/3, szef ówczesnego Wydziału Zatrudnienia albo czegoś w tym rodzaju) rozsiadaliśmy się na konarach jabłoni pojadając papierówki (jabłoń jest do dziś, choć już dożywa swoich dni). A to poczęstowaliśmy się rzodkiewkami lub pomidorami w ogródku mojej Babci (pyszne odmiany hodowała!). A to jesienią znosiliśmy z ul. Kościuszki sterty klonowych liści oraz (przy odrobinie szczęścia) gałązek i w którymś z ogródków rozpalaliśmy ognisko – czasem nawet kilka ziemniaków udawało się upiec, choć nie to było najważniejsze. A to po prostu bawiliśmy się w kowbojów oraz policjantów i złodziei, no i najlepsze: w chowanego oraz podchody, bo przejścia piwniczne między ulicą a podwórzami były otwarte. Co ciekawe – mając w zasadzie pełną swobodę – trzymaliśmy się blisko domu. Deotymy to był nasz świat. Na tyle bogaty, że wystarczający.

Stara jabłoń w ogrodzie na tyłach ul. Deotymy

Druga część wspomnień pani Sylwii już niebawem.

Share this...
Share on Facebook
Facebook
0Email this to someone
email

3 komentarze na temat “„Jesienią znosiliśmy z Kościuszki sterty klonowych liści…” – wspomnienie (cz. 1)

  1. Bardzo sympatyczne wspomnienia! Czekam na drugą część. Warto zapisywać opowieści dzisiejszych sześćdziesięciolatków i siedemdziesięciolatków, a może czasem uda się namówić na zwierzenia jeszcze starsze osoby. Pozdrawiam Czesława

      • Moje wspomnienia ukazały się w 30 dniach – nr 110 ( tekst był związany z Krzysztofem Kolbergerem, który był moim sąsiadem i rówieśnikiem), w numerze 135/136 oraz 138/139. Brałam też udział w konkursie ogłoszonym przez Radio Gdańsk. Nie sądzę bym była w stanie napisać jeszcze coś nowego… Z przyjemnością czytałam książkę Katarzyny Korczak Ślad. Opowieści gdańszczan, oraz książki Barbary Szczepuły . Zachęcam Pana do podjęcia podobnego działania -może najpierw w postaci opowieści na blogu, potem w formie książkowej. Jeszcze nie wszystko zostało przypomniane i spisane. Pozdrawiam Czesława Scheffs

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *