Powojenne perypetie „domu z wieżą” przy al. Legionów

Charakterystyczny budynek przy al. Legionów, w którym przed wojną mieściło się obserwatorium, a który do niedawna użytkowany był przez Uniwersytet Gdański, od jakiegoś czasu jest na sprzedaż. Chętnych do kupna nie ma, o czym było w tym artykule. Że jest to budynek problematyczny i nie pierwszy raz przysparzający problemów przekonałem się ostatnio. Otóż natrafiłem na ciekawy artykuł Dziennika Bałtyckiego z listopada 1961 roku, który rzuca nieco światła na powojenną historię tego miejsca.

Opisywany budynek w 2012 roku

 

Tutaj oddaję głos nieznanemu z nazwiska dziennikarzowi, który o „domu z wieżą” przy ówczesnej al. Dzierżyńskiego pisał:

„Jeżeli ta masywna budowla już z daleka odstrasza zaniedbanym wyglądem i szeregiem okien bez szyb, ale za to zadrutowanych kolczastym drutem, o tyle po bliższym zetknięciu się, wręcz odrzuca. Sam dom jest solidny. Solidne są mury, sklepienia, schody. Solidny, ale równej dewastacji dawno nie udało mi się oglądać! Kto i jakimi siłami dokonał tych zniszczeń, historia milczy. Jedno jest pewne, że dewastator silnej musiał być ręki a i metody miał niebylejakie; powybijać szyby i szybki potrafi każdy, ale powyrywać zabetonowaną terrakotę posadzek, kafle ścian, połamać metalowe poręcze schodów, pozrywać tu i ówdzie kosztowną okładzinę schodów… Na to trzeba metody!”

Budynek, zwolniony przez Ludowe Wojsko Polskie, w 1958 roku miasto przekazało Kuratorium Oświaty z przeznaczeniem na cele szkolne – podobnie zresztą, jak sąsiednie gmachy pod numerami 7 i 11. Według pierwotnych założeń miały się tam znaleźć warsztaty szkolne, kuchnia dla Technikum Gospodarczego działającego po sąsiedzku, oraz stołówka szkolna. „Dom z wieżą” nie doczekał się jednak zagospodarowania, albowiem wymagał przebudowy. Najwyraźniej nie było woli inwestowania w adaptację takiego nietypowego obiektu. Nie chciało z niego korzystać nawet… MO. Jednak w tamtych latach głód mieszkaniowy w Gdańsku pozostawał duży, przez co nasz budynek zasiedliło… 11 rodzin dzikich lokatorów. To dodatkowo wiązało Kuratorium ręce, które nie podjęło żadnych prac mimo przyznania kredytów na ten cel. Instytucja zatrudniła dozorcę, który miał pilnować, „by nikt niepowołany tam się nie gospodarzył.” Skończyło się na tym, że… dozorca ów został pobity do utraty przytomności.

„Nieprawdopodobny smród – pisał dalej anonimowy dziennikarz – dobywający się ślepymi oczodołami okien i drzwi piwnicznych obiecuje, że z nastaniem ciepła będzie większy, podobnie jak szybszy stanie się rozkład wszelakich, pływających i walających się piwnicach nieczystości różnego pochodzenia. Ale to, o czym piszę, nie przeszkadza ani dzikim lokatorom, ani uczniom sąsiadujących szkół – przybywających tu „na papierosa”, ani – nierozpoznawalnym w mrokach – postaciom, schodzącym się nocą na spotkania…”.

Artykuł kończy pesymistyczna konkluzja, że – chociaż potrzebny – „dom z wieżą (…) będzie nadal straszył, szerzył epidemie i… częściowo służył za melinę.”

Co wydarzyło się dalej? W pewnym momencie obiekt przejął Uniwersytet Gdański – kiedy dokładnie i w jakich okolicznościach, to pewnie „wyjdzie” przy dalszym przeglądaniu archiwum Dziennika Bałtyckiego

Podziel się tym ze światemEmail this to someone
email
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter
Share on Google+
Google+
Pin on Pinterest
Pinterest

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *